Brytyjski rząd zwalcza piratów drogowych
Autor: Łukasz Słapek, Ben Webster „The Times”
Liczba odwiedzin: 1140
Niechlubne, pierwsze miejsce wśród sprawców zdarzeń drogowych zajmują mieszkający w Wielkiej Brytanii Polacy.
Dlatego Londyn postanowił zaostrzyć prawo o ruchu drogowym. Choć żaden przedstawiciel brytyjskiego rządu nie mówi o tym wprost, to powszechnie wiadomo, że nowe, drakońskie kary są w dużej mierze efektem szaleńczej jazdy kierowców znad Wisły.
Gabinet premiera Gordona Browna przedstawił wczoraj propozycje zmian kodeksu drogowego. Zaledwie cztery dni wcześniej niemal cała Wielka Brytania żyła wypadkiem, do którego doszło w sobotni wieczór koło Londynu.
24-letni Polak z niewyjaśnionych przyczyn wjechał pod prąd na autostradę M1 nieopodal Luton. Po przejechaniu kilku kilometrów jego volkswagen passat zderzył się czołowo z jaguarem. Samochodem tym podróżowała czteroosobowa rodzina 27-letniego inżyniera telekomunikacyjnego. Wszyscy, w tym również polski sprawca wypadku, zginęli na miejscu.
Według władz w Londynie nowe przepisy mają zapobiec podobnym tragediom. Rząd liczy, że poprawi się bezpieczeństwo na drogach, a liczba śmiertelnych wypadków zmniejszy się nawet o 10 tys. w ciągu następnej dekady. Teraz na drogach Zjednoczonego Królestwa ginie co roku 3 tys. osób.
Zgodnie z nowymi przepisami dozwolona prędkość na głównych drogach zostanie zmniejszona do 50 mil na godzinę (nieco ponad 80 km/h). W terenie zabudowanym obowiązywać będzie ograniczenie do 20 mil/h (32 km/h).
Dodatkowo wprowadzone zostaną wyrywkowe badania alkomatem. Zmiany przewidują również wyższe kary za niektóre przewinienia, jak choćby utrzymywanie zbyt małej odległości podczas manewru wyprzedzania rowerzysty. Dotychczas zachowującemu się w ten sposób kierowcy groziło upomnienie. Teraz trzy punkty karne i mandat.
Ponadto zainstalowane zostaną kamery rejestrujące średnią prędkość pojazdów. Ma to ukrócić proceder hamowania przed fotoradarem, a następnie gwałtownego przyspieszania po jego minięciu.
Teraz system fotoradarów będzie określał średnią prędkość pojazdu od punktu A do punktu B. Gdy uzna, że kierowca przejechał go w czasie krótszym, niż powinien, a tym samym przekroczył dozwoloną prędkość, wystawi mandat.
Kara za przekroczenie dozwolonego limitu o 25 km/h wzrośnie dwukrotnie, do sześciu punktów. 60 funtów, czyli również dwa razy więcej niż dotychczas, zapłacą osoby jeżdżące bez zapiętych pasów bezpieczeństwa. Kara będzie dotyczyła osoby podróżujące zarówno na przednich, jak też tylnych fotelach.
Aby zatrzymać pojazd i poddać kierowcę kontroli na obecność alkoholu w organizmie, policjanci nie będą już musieli podejrzewać popełnienia przez prowadzącego wykroczenia. Co więcej, wynik badania alkomatem stanie się głównym dowodem w sądzie.
Odkąd Wielka Brytania stanęła otworem przed pracownikami z Europy Wschodniej, na Wyspach niemal o 50 proc. wzrosła liczba wypadków na drogach. Drastycznie wzrosła też liczba zdarzeń z udziałem obcokrajowców, w tym Polaków.
Podczas gdy w 2001 roku wypadków takich było 361, to już pięć lat później było ich aż 18 tys. Warto wspomnieć, że Brytyjczycy uczestniczyli w 5 tys. z tych zdarzeń.
Co jakiś czas brytyjskie media publikują sensacyjne wyznania polskich kierowców, którzy przyznają, że nie znają brytyjskich znaków drogowych i jeżdżą bez przerwy nawet po kilkadziesiąt godzin.
– Mój rekord to 32 godziny jazdy bez przerwy. Mam świadomość, że prędzej czy później mogę w końcu zasnąć za kierownicą i kogoś zabić, ale muszę dotrzymywać terminów dostaw – zwierzał się kilka tygodni temu telewizji BBC jeden z Polaków zatrudniony na Wyspach jako kierowca ciężarówki.
– Słabo znam angielski, a jeszcze słabiej tutejsze znaki i zasady ruchu drogowego. Wiem tyle, że jeździ się po lewej stronie. Mimo to jakoś daję sobie radę – mówił dziennikarzowi inny Polak. Na pytanie, jakim cudem udało mu się uzyskać odpowiednie uprawnienia, powiedział, że egzaminator podpowiadał mu, jak ma jechać.
Brytyjscy ministrowie zapewniają, że zaostrzając przepisy, nie mieli na myśli żadnej z grup narodowych. Jednak nowelizując prawo drogowe, chcą przy okazji zwiększyć stopień trudności samych egzaminów na prawo jazdy. Jedno z utrudnień polegać ma na tym, że kandydaci będą mieli za zadanie dojechać do celu, kierując się znakami, a nie podążać jedynie za wskazówkami instruktora.
Tł. G. Gutkowski