Być jak Kubica
Autor: Wardemar Gabis
Liczba odwiedzin: 2866
O młodym kierowcy z Gdyni, Marcelu Grudzińskim, pisały magazyny moto-sportowe we Włoszech i Wielkiej Brytanii.
Wszystko się zaczęło w 2006 roku. To było letnie popołudnie. Mama, Katarzyna Grudzińska, włożyła do odtwarzacza DVD film: polską komedię romantyczną „Tylko mnie kochaj”, z Maciejem Zakościelnym w roli głównej. Po kilku minutach obok niej na kanapie usiadł 6-letni wówczas Marcel, jej syn. Potem zmienił się cały ich świat.
Płacz za gokartem
Marcel był zwykłym chłopcem. Śmiał się, biegał, skakał, jadł, spał – robił to same co jego rówieśnicy. A potem był ten film… W pewnym momencie na ekranie telewizora zobaczył gokarty, małe, pędzące po torze pojazdy, imitujące te z Formuły 1.
– I już nie mogłem oderwać oczu od telewizora – przypomina chłopiec, dziś uczeń trzeciej klasy Szkoły Podstawowej nr 18 w Gdyni.
W jego oczach pojawił się błysk, który już nigdy nie miał zniknąć.
– Nie dawał nam spokoju. Tylko gokarty i gokarty… Jeszcze tego samego dnia zaczęliśmy szukać w internecie klubu kartingowego. Znaleźliśmy pod Gdańskiem. Pojechaliśmy tam, ale nie chcieli Marcela przyjąć. Był za młody i za mały. Przyjmowali dopiero od ósmego roku życia, a on miał sześć lat – przypomina mama.
Marcel siedział tam wtedy w trawie obok toru przez trzy godziny. Siedział, patrzył na jeżdżące gokarty i płakał. On chciał być na torze, w aucie. Tydzień później tata, Marcin Grudziński, pojechał do Bydgoszczy i kupił synowi gokarta.
– Jeździliśmy na nieużywanym terenie lotniska wojskowego w Babich Dołach – wspomina ojciec.
Ale nie tylko. Państwo Grudzińscy mieszkają w Gdyni, niedaleko Centrum Kwiatkowskiego. Tam mieli znajomych, dzięki którym od czasu do czasu, oczywiście w godzinach wieczornych, po zamknięciu biur i sklepów, korzystali z parkingu podziemnego.
– Pakowałem karta na samochód i jechaliśmy na ten parking – śmieje się pan Marcin.
Czekanie na 2008 rok
Marcel był za młody, by trenować w normalnym klubie. Mama wpadła na pomysł, by zainteresować syna czymś innym. Zaczął chodzić na lekcje gry na keyboardzie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W 2007 roku zajął drugie miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Młodego Muzyka.
Nadszedł jednak wreszcie 2008 rok. 26 lutego Marcel Grudziński skończył osiem lat. Cały czas pamiętał o kartingu. Gdy przyszła wiosna, zaczął trenować na torze w Koszalinie, potem też w Zielonej Górze, Radomiu, Gostyniu. Został członkiem Teamu Jastrzębski-Racing, startował w zawodach. Jeszcze nie wygrywał, ale swoją jazdą zwrócił uwagę fachowców. Szczególnie dobrze sobie radził podczas deszczowych wyścigów.
Jak jeździ? Gaz do dechy i byle do przodu? – Zależy, co się dzieje na torze. Trzeba być uważnym i czujnym. Gaz do dechy nie zawsze popłaca. Czasem warto poczekać, aż inni się wyszaleją. Jedzie taki jeden na wariata, a ja już wiem, że za chwilę przesadzi i będzie zderzenie. I tak jest! I wyrzuca z toru siebie oraz kilku innych. Wtedy dodaję gazu i wjeżdżam w lukę – opisuje 10-letni kierowca.
No i czuje silnik. Gdy źle pracuje, zaraz to wie. Mówi mechanikowi, co się działo, że „pierdział” nie tak, że się krztusił. Zresztą sam też zagląda do silnika, próbuje wyregulować maszynę.
Od kiedy został członkiem klubu (teraz jest zawodnikiem Bałtyku Gdynia), to praktycznie co weekend albo trenuje na profesjonalnych torach, albo bierze udział w zawodach. W 2009 roku startował w Pucharze Polski w klasie easykart 60 (do 10 roku życia) i zawsze zajmował czołowe miejsca.
– Ze względu na dobre wyniki dopuszczono mnie też do kategorii Rotax 125 Mini Max, w której startować mogą zawodnicy od 10 roku życia. Jako pierwszy w Polsce wystartowałem w tej kategorii na ramie firmowanej przez Roberta Kubicę – mówi Marcel.
Poszło świetnie, bo wygrał. Zawodów nie wspomina jednak najlepiej. Wszystko przez obciążenia. W easykart 60 osiąga się prędkości do 80 km/h. W Rotax 125 Mini Max – około 115 km/h. To spora różnica.
– Na zakrętach głowa leciała mi na boki, a na prostych odchylała się do tyłu tak, że nie widziałem, co się dzieje przede mną. Potem szyja strasznie bolała – przypomina młody gdynianin.
Czy rodzice namawiali do startu w tej większej klasie?
– Nie. Sam chciałem.
Kraksa Roberta Kubicy
Marcel Grudziński jest uczniem trzeciej klasy szkoły podstawowej. Dobrze się uczy, ma piątki i szóstki. Najbardziej lubi matematykę i język polski. Głównie pochłania go jednak sport motorowy.
– Interesuje mnie WTCC, Formuła 1, Moto GP, WRC – wylicza jednym tchem. – Jestem fanem Roberta Kubicy, któremu miałem okazję kibicować w 2007 roku, podczas wyścigu na Węgrzech, a w 2008 roku na torze w Niemczech. Chciałbym, tak jak on, zostać kierowcą Formuły 1.
W swoim pokoju ma symulator wyścigowy. Jest komputer, specjalny fotel, kierownica, skrzynia biegów, a na podłodze leży listwa z pedałami gazu, hamulca i sprzęgła. Codziennie wirtualnie się ściga. Ale nie przesiaduje non stop przed komputerem. Pływa, jeździ na rowerze, gra w piłkę.
– Podczas ostatnich ferii prawie cały czas był poza domem. Najpierw grał w kosza, a potem w piłkę – mówi mama.
To samo robi po wyścigach.
– Na torze z sobą walczymy, ale potem się przyjaźnimy – twierdzi Marcel. – Razem z kolegami idziemy na górki i zjeżdżamy rowerami, tak że aż łzy lecą z oczu.
Łzy lecą z oczu, bo zjeżdżają tak szybko. Czy rodzice nie boją się o syna? Co myśleli, gdy wszyscy razem oglądali fatalny wypadek Roberta Kubicy podczas wyścigu w Montrealu trzy lata temu?
– Nie patrzę na zainteresowania Marcela przez pryzmat wypadku. To ściganie widzę jako normalny sport. Nigdy nie pomyślałam, że mogłoby mu się coś stać – wyznaje mama.
– Ze sportów motorowych ten jest chyba najbezpieczniejszy – przekonuje tata.
– Na motorze jak zawodnik wyleci z toru, to jest już raczej bez szans – dodaje Marcel.
Trochę to kosztuje
Easykart to klasa, w której wszyscy są równi, bo pojazdy niczym się nie różnią. Chodzi o to, by mechanika nie zabiła umiejętności młodych kierowców. Sprzęt ma znaczenie drugorzędne, choć lepiej gdy się ma kilka egzemplarzy więcej.
– Mamy dwa silniki, dwa podwozia – mówi Marcel.
To mało. Najlepsi na świecie mają ich po osiem, dziesięć. W ogóle by uprawiać ten sport, trzeba dużych pieniędzy.
– Od lat zajmuję się sprzedażą samochodów używanych z zagranicy. To całkiem intratny interes, ale ostatni kryzys sprawił, że zainteresowanie takim towarem spadło – przyznaje tata chłopca. – Dajemy jeszcze radę, ale jak długo to nie wiem.
Na szczęście nie są sami. Kilka zaprzyjaźnionych osób pomaga Grudzińskim.
Jeden start może pochłonąć nawet 6 tys. zł – opony, paliwo, oleje i smary, części zamienne, dojazdy na zawody i zakwaterowanie, obsługa profesjonalnego mechanika. Koszty całego sezonu zawodów krajowych w jednej kategorii wynoszą ok. 60 tys. zł. Ze startami zagranicznymi i przede wszystkim uczestnictwem w najlepszej lidze kartingowej na świecie we Włoszech – nawet do 200 tys. zł.
– Chcemy się pokazać we Włoszech, ale nie jesteśmy jeszcze dostatecznie przygotowani. Pod jakim względem? Finansowym – przyznaje tata Grudziński.
Włochy to marzenie. Tam swoją karierę zaczynał Robert Kubica. Pół roku temu Marcel startował we Włoszech, w zawodach International Grand Finale, czyli mistrzostwach świata. Na 84 zawodników startujących w kategorii easykart 60 zajął 12 miejsce. To bardzo dobry wynik. O młodym polskim kierowcy z Gdyni pisały magazyny moto-sportowe we Włoszech i Wielkiej Brytanii.
– W życiu drugi raz na coś takiego bym się nie rzuciła. A ja, głupia, sama szukałam w internecie informacji o gokartach – pani Katarzyna Grudzińska uśmiecha się na samo wspomnienie.
– Nie jeździmy na wczasy, urlopy, wakacje... Zapomnieliśmy o Turcjach, Egiptach i tym podobnych miejscach. Dlaczego? Bo młody jeździ. Wszystko ładujemy w niego – śmieje się Marcin Grudziński – ale nie żałujemy.
– Ta cała pasja syna bardzo scaliła naszą rodzinę – przekonuje pani Kasia i z rozrzewnieniem spogląda na męża.
Marcelowi kibicują też dziadkowie. To oni chcieli sprzedać mieszkanie i kupić mniejsze. Różnicę w kwocie mieli zainwestować w Marcela. Ten pomysł jednak upadł.
– Nie możemy przesadzać. Dziś sprzedamy mieszkanie, będziemy żyć w wynajętym, a co potem? – pyta retorycznie pani Kasia.
Najgorsze, że nigdy nie ma pewności, czy poświęcony czas i pieniądze się zwrócą. Nie wiadomo, czy młody i zdolny człowiek osiągnie w przyszłości sukces.
– Jak się uda, to się uda. A jak nie, to nie, co Marcel? – pani Kasia patrzy na syna.
Marcel trochę posmutniał. Część druga wypowiedzi mamy raczej się mu nie spodobała. Milczy przez kilkanaście sekund. W końcu mówi: – Co ma się nie udać. Damy radę.
