Dziwadła
Autor: Wiesław Marnic
Liczba odwiedzin: 12635
Jadąc samochodem, nawet najbardziej ozdobionym tuningiem, mało na kim zrobimy wrażenie. A zdaniem wielu tak jak mieszkanie jest dla nich zamkiem, tak samochód nie tylko ma im służyć, ale swoim wyglądem oddawać stan ducha.
A cóż robi większe wrażenie nieposkromionej wolności niż buggy? Dziwadło zrobione z rur, siatek i silnika, dla którego nie ma trasy nie do pokonania. Pojazdy takie w założeniu służyć miały do wyścigów po bezdrożach, ale na życzenie rozbestwionych mieszczuchów stały się samochodami. Po prawdzie nie wiem jak takie „coś”, bardziej pasujące do scenerii „Monster garage” niż do pejzażu naszych ulic, przeciska się przez szczelne sita stacji diagnostycznych, ale fakt jest faktem, iż buggy z numerami rejestracyjnymi kupić można. I to nie tylko na giełdzie, gdzie wszelkie jeżdżące dziwactwa są na porządku dziennym, ale nawet u dealera renomowanej marki. Jakiej nie powiem, bo nie wiem czy jej szefowie mają tak dużą wyobraźnię, jak ich lokalny dealer. Zdradzę jednak, iż czerwone buggy z 2-litrowym silnikiem Volkswagena czekało na klienta, który zechciałby za to dziwadło zapłacić 16 800 zł. Na wywieszce informacyjnej w rubryce przebieg napisano 6 tys. km, niestety nie podano roku produkcji. Jeżeli komuś ta cena
wydawałaby się przesadną, miał do dyspozycji buggy za 1 500 zł. wyposażone w silnik Fiata 126p posadowiony na ramie wykoncypowanej osobiście przez sprzedającego, który na wszystkie świętości zapewniał, że jego konstrukcja jest dostatecznie wytrzymała i bezpieczna. Cena za ten motoryzacyjny wynalazek wygórowaną nie była, ale nie każdy byłby skłonny do eksperymentowania z samym sobą jako królikiem doświadczalnym. W dodatku „maluchowe” buggy nie zostało obejrzane nawet w stacji diagnostycznej, co znacznie ograniczało jego użyteczność.
Natomiast wszechstronne zastosowanie mógł mieć inny motoryzacyjny dziwoląg – Polski Hummer powstały w wyniku przerobienia... Wartburga. Domorosły konstruktor nie tylko wystylizował karoserię popularnego przed laty dwusuwu na modłę i podobieństwo amerykańskiego pogromcy bezdroży, ale jeszcze dorobił mu skrzynię, co czyniło pojazd nie tylko oryginalnym, ale i użytecznym. Za to dzieło chciał jedynie kilka tysięcy złotych. Mogły z nim rywalizować tylko elektryczne rydwany zdolne przenieść z szybkością 16 km/h nawet 120-kilogramowego jeźdźca na odległość 26 km. Wprawdzie ich trzykołowa konstrukcja na przesadnie stabilną nie wyglądała, lecz za to w bagażniku średniej wielkości samochodu mogły się z powodzeniem zmieścić. To cudeńko jak najbardziej ekologiczne i na pewno oryginalne kosztowało 1 100 zł. Niepokój mógł tylko budzić fakt, iż pojazdy typu Electric Chariot były dostępne na wyprzedaży, co nie może pozostać bez wpływu na poziom zaufania do nich.
Dla prawdziwych pogromców trudnych terenów najbardziej jednak nadawały się poduszkowce marki Eurohover, które bez trudu poruszać się mogły zarówno po ziemi jak i po wodzie. Z obciążeniem 300-kilogramowym pędziły one z prędkością do 70 km/h. Niestety ich wadą była stosunkowo wysoka cena. Poduszkowiec z roku 2003 kosztował 20 tys. zł, a o dwa lata młodszy nawet 30 tys. zł. Dla bardziej praktycznych nie polecamy poduszkowców, a uliczną zamiatarkę Ravo 5002 jednak i ten wehikuł był nie tani, bo sprzedający za maszynę z roku 1998 życzył sobie 56 tys. zł. Pamiętać jednak trzeba, że takim pojazdem można nie tylko przemieszczać się, ale także zarabiać, oczywiście po uprzednim podpisaniu umowy z urzędem gminy. Kto tylko chciałby wyglądać oryginalnie, a nie wydać za wiele, może sobie kupić elektryczną hulajnogę za 300 zł. W sam raz na upalne dni.