W zeszłym tygodniu w Londynie zaprezentowano nowy kalendarz Pirelli na 2010 rok. Tym razem zdjęcia robił amerykański fotograf Terry Richardson.
W 37. edycji słynnego kalendarza nastąpił powrót do korzeni, do przełomu lat 60. i 70. Ma to być swego rodzaju hołd złożony pierwszym twórcom kalendarza - Roberta Freemana (1964), Brina Duffy’ego (1965) i Harry’ego Peccinotti (1968 i 1969).
Modelki były wówczas fotografowane na tle dzikiej przyrody i pięknych plaż. Kobieta na zdjęciach ma fascynować naturalnością, a prostota obrazu ma podkreślać jej urodę. Richardson zrezygnował z retuszu zdjęć eliminując powszechnie sotosowaną przesadną sztuczność.
- Moja technika opiera się na braku techniki. Obiektywem jest moje oko, moja charyzma, moja umiejętność dostrzegania chwili i prawdy w dowolnej postaci: ujęcia, kolorów, świata, scenerii. To one stanowiły zawsze sedno mojej sztuki fotograficznej – mówi o swojej pracy nad kalendarzem Terry Richardson.
W kalendarzu podziwiać można jedenaście modelek: Catherine McNeil, Abbey Lee Kershaw i Mirandę Kerr z Australii, Eniko Mihalik z Węgier, Marloes Horst z Holandii, Lily Cole, Daisy Lowe i Rosie Huntington-Whiteley z Wielkiej Brytanii, Georginę Stojilijkovic z Serbii oraz dwie rodowite Brazylijki Gracie Carvalho i Anę Beatriz Barros.
Od narodzin w 1964 roku, kalendarz Pirelli traktowany był jako bardzo ekskluzywne wydawnictwo. Nad każdą edycją pracowali najlepsi fotograficy, którzy w wyjątkowych miejscach uwieczniali najpiękniejsze kobiety świata. Kalendarz otrzymywali jedynie najwybitniejsi koneserzy sztuki – ludzie filmu, muzycy, artyści i najważniejsi klienci firmy Pirelli.
Kalendarz do dnia dzisiejszego nie jest na sprzedaż. Na świecie ukazuje się zaledwie kilkanaście tysięcy egzemplarzy, z czego do Polski trafia jedynie 150 sztuk. Pierwszy egzemplarz zawsze przekazywany jest na ręce królowej Anglii.