To mogła być zupełnie inna Syrena

Motociekawostki / Retrofakty

Autor: Marek Ponikowski

Liczba odwiedzin: 4941

Rok 1981. W centrali TVP na Woronicza wrze. Część pracowników wita przemiany z nieukrywaną wrogością, część z nadzieją i entuzjazmem.

Rok 1981. W centrali TVP na Woronicza wrze. Część pracowników wita przemiany z nieukrywaną wrogością, część z nadzieją i entuzjazmem, większość na wszelki wypadek woli nie zajmować stanowiska.   Fot. Syrena 110 ze zbiorów warszawskiego Muzeum Techniki (kierunkowskazy z Polskiego Fiata 125 p)

Na ekranach telewizorów pojawiają się osoby i tematy do tej pory zakazane. Także w redakcji programów motoryzacyjnych, w której wówczas pracowałem, sięgamy po wątki wcześniej w mediach nieistniejące. Przygotowujemy film pod roboczym tytułem „Nie tylko Syrena”. Chcemy przypomnieć ciekawe konstrukcje samochodowe, które w czasach PRL nigdy nie ujrzały światła dziennego i te, o których szybko zapomniano.

 

Dwadzieścia trzy lata wcześniej moi rodzice dostają mieszkanie na warszawskiej Pradze II. Na tym osiedlu mieszka mnóstwo pracowników pobliskiej FSO, a także mieszczącego się po drodze na Żerań Biura Kon-strukcyjnego Przemysłu Moto-ryzacyjnego i usytuowanego vis-a-vis Instytutu Transportu Samochodowego.

 

Fot. Wnętrze muzealnej Syreny 110 z zegarami i przełącznikami z PF 125 p. Moim kolegą z klasy jest Krzysztof, syn głównego konstruktora FSO, Karola Pionnier. Dla chłopaka interesującego się motoryzacją Praga II to wspaniały punkt obserwacyjny. Pracownicy BKPMot. i ITS często przyjeżdżają do domu testowanymi autami z Zachodu, ci z FSO stawiają czasem pod blokami dziwnie zmo-dyfikowane Warszawy i Syreny. Zaczynam czytać tygodnik „Motor”, ale o pojazdach, które oglądam w sąsiedztwie, nie mogę się z niego dowiedzieć nic albo prawie nic.

 

Dzięki moim obserwacjom i znajomościom z dzieciństwa wiemy, czego szukać do filmu. Na jakiejś działce pod War-szawą odnajdujemy zarośnięty chwastami prototypowy egzemplarz mikrosamochodu Smyk, nagrywamy rozmowę z właścicielem pięknie odres-taurowanego Mikrusa, jednego z 1700 wyprodukowanych w Mielcu; na znalezienie bliźniaczej Meduzy nie ma szans, bo istniała w jednym tylko egzemplarzu.

 

Nie przetrwała też zjawiskowo piękna Syrena Sport – podobno ktoś nakazał zniszczenie prototypu. Nie trafiliśmy na żaden ślad mikrosamochodzika Fafik, z WFM, który także widywałem na osiedlu. Za to w podwar-szawskich Babicach udało się znaleźć Syrenę 110. I to na  chodzie!

 

Prehistoria Syreny 110 sięga roku 1960, gdy w BKPMot. pod kierunkiem profesora Edwarda Lotha podjęto prace nad następcą auta produko-wanego na Żeraniu. Miał to być samochód nowoczesny, 4-, 5-osobowy, z samonośnym nadwoziem i czterosuwowym silnikiem, porównywalny pod względem rozwiązań technicznych i wyglądu z wyro-bami fabryk zachodnioeuro-pejskich.

 

Powstały trzy prototypy, oznaczone greckimi literami Alfa, Beta i Delta (Gammy, trzeciej w alfabecie, nie zbudowano). Alfa miała kanciaste nadwozie i litrowy silnik o mocy 40 KM umie-szczony za tylną osią. Betę zbudowano zgodnie z zasadą „wszystko z przodu”, a silnik wraz z zawieszeniem i układem kierowniczym był osadzony w pomocniczej ramie, którą można było łatwo odłączyć od nadwozia.

 

Nie potrafiłem ustalić, w którym z prototypów – w Becie czy w Delcie znalazły się po raz pierwszy rewolucyjne rozwiązania: duże, podnoszone w górę drzwi tylne zapewnia-jące doskonały dostęp do tylnej części kabiny i składana kanapa tylna. Projektant nadwozia Andrzej Zgliczyński wpadł podobno na ten pomysł, gdy bezskutecznie próbował prototypem Alfa przewieźć pralkę Franię.

 

W historii motoryzacji przyjmuje się, że pierwszym hatchbackiem był Renault R 16 wprowadzony do produkcji w roku 1964. Można więc sądzić, że nadwo-zie z otwieranym tyłem „odkryto” równolegle we Francji i w Polsce!

 

Od roku 1963 nad następcą Syreny pracuje już połączony zespół fachowców z BKPMot. i FSO. Lekkie w linii i funkcjonalne nadwozie kolejnego prototypu blisko spokrewnionego z Deltą wyszło spod ręki absolwenta warsza-wskiej Akademii Sztuk Pięk-nych Zbigniewa Rzepeckiego.

 

Niestety, pomysł by nowe auto wyposażyć w silnik cztero-suwowy (miała to być jednostka V 4 o pojemności ok. litra) nie wytrzymał konfrontacji z siermiężną rzeczywistością epoki gomułkowskiej. Stodziesiątkę ma więc napędzać zmodyfikowany silnik dwusuwowy o trzech cylindrach i pojemności 850 cm sześć., przygotowywany do Syreny 104. Adaptując go, ulokowano chłodnicę w normalnym miejscu, czyli przed silnikiem, zastosowano też zamknięty układ ze zbiorniczkiem wyrównawczym – wówczas nowość. Kierownica pracowała lekko i precyzyjnie dzięki zębatkowej przekładni.

 

Archaiczne resory piórowe zastąpiono sprężynami. Ze względu na wysokie koszty zrezygnowano jednak z hamulców tarczowych przy przednich kołach. Syrena 110 ważyła tylko 750 kg i 43-konnym dwusuwowym silnikiem bez trudności rozpędzała się do 120 km/h.

 

Czy jednak na pewno nie myślano w FSO o czterosuwowym napędzie nowej Syreny? Doskonale pamiętam, że przed blokiem, w którym mieszkał inżynier Pionnier, oglądałem „zwykłą” Syrenę z nieco innym wlotem powietrza. Od Krzysztofa usłyszałem, że tej zmiany dokonano, aby w komorze silnika zmieściła się czterosuwowa „tysiączka” podobna do tej, jaka napędzała Morrisa Mini.

 

Jakie były dalsze losy tego silnika? Może zamierzano ulokować go w Syrenie 110 poprzecznie, właśnie jak w Mini?

 

Zbudowano od kilkunastu do ok. trzydziestu prototypów Syreny 110. Plany produkcyjne dotyczyły podobno 50 tysięcy aut rocznie. I na planach się skończyło, bo już wkrótce wszyscy w FSO mówili tylko o licencji na Fiata 125 p. W 1981 roku przejechałem kilka kilometrów Syreną 110. Pamiętam, że siedziało się w niej niezbyt wygodnie, z podkulonymi nogami jak w zwykłej Syrenie.

 

Ale cała reszta była już z zupełnie innej, nowoczesnej bajki. Profesor Edward Loth, z którym nagrywaliśmy wtedy rozmowę, sprowadził nas jednak na ziemię: produkcja 50 tysięcy aut, nawet, jeśli udałoby się osiągnąć ten poziom, byłaby nieracjonalna ekonomicznie. Przemysł PRL nie był też przygotowany do tak poważnego wyzwania technologicznego i organizacyjnego. Licencja stanowiła lepsze rozwiązanie…

 

Autor jest dziennikarzem TVP Gdańsk

Komentarze

    • Roger
    • pewnie... rozpamiętujmy się jak to kiedyś było wiele pomysłów i sposobności i dalej róbmy samochdy dla zachodniej europy.
    • nabaam
    • Panie Marku. To czego wtedy nie było w tygodniku "Motor" n/t polskich prototypów można było znaleźć w miesięczniku "Auto Technika Motoryzacyjna". Tygodnik był kierowany ogólnie do zwyczajnego "Kowalskiego", natomiast "ATM" dla inżynierów, techników - mechaników itp i chyba z racji zawartości dla laika był nudniejszy od "Motoru" i sporo mniej od niego popularny i też mniej dostępny w kioskach. A prototypy? Nie da się ukryć że francuzi skopiowali w Renault Twingo naszego Beskida, czekając aż Nasze prawa patentowe wygasną. Wars w swoim czasie mógł być taką Naszą Skodą Felicią która pojawiła
    • nabaam
    • dużo po niej. Rosjanie wzorując się na warszawie 210 zrobili swoją Wołgę. Prototypów było co namniej kilkadziesiąt, także motocykli. Młodsze pokolenie nie wie że Polonez to nadwozie odrzucone przez Lancię do modelu Delta. Tamci wybrali inne, wiadomo że lepsze ale Nasi ówcześni partyjni decydenci do budy Poloneza niestety nie zakupili nowoczesnych silników. Polonez udoskonalany i zmieniany pewnie byłby dziś Naszą polską Skodą Oktavią. Tu jednak też decydenci nie popisali się sprytem sprzedając ówczesną FSO koreańczykom. Czesi to cwaniacy. Skodę sprzedali. Warunek - zachować tożsamość
    • nabaam
    • marki. Nie jakaś tam montownia Volkswagena tylko w dużym stopniu modele niezależne od VW. Technika, silniki, płyty podłogowe tak. VW. Nadwozie i design Skody. Ale takie były czasy PRL-u.

Dodaj komentarz