Wszystko
o samochodach

Aktualności / Informacje

Autem do Unii

Data publikacji: Autor: Marek Ponikowski

fot. Arkadiusz Goła Kto pamięta, że we wczesnych latach 70-tych szczytem mody było u nas naklejenie na pokrywie bagażnika, obok numeru rejestracyjnego, owalnej nalepki z literami EU.

 

Unijny emblemat wyglądał komicznie na nadwoziu zwalistej Warszawy, dymiącej na niebiesko Syreny, czy tekturowego Trabanta, ale odzwierciedlał nasze tęsknoty za Europą.


fot. Arkadiusz Go³a Granica niemiecko-niemiecka


Kto pamięta, jak wyglądało kiedyś przekraczanie granicy między NRD a RFN, która była wówczas granicą nie tylko między dwiema częściami Niemiec, ale i dwoma, zupełnie różnymi światami? Każde przejście graniczne po stronie „pierwszego niemieckiego państwa robotników i chłopów” wyglądało jak filia Gułagu - z zasiekami z drutu kolczastego, reflektorami na masztach i gromadą uzbrojonych funkcjonariuszy Grenzschutzu. Obywatele NRD nie mieli tu czego szukać. Na granicy pojawiały się z bagażnikami pełnymi makaronów, konserw i sprzętu kempingowego nieliczne auta Polaków, Czechów czy Węgrów, którym udało się dostać paszport i wizy oraz uciułać trochę dewiz na benzynę. Najwięcej było Niemców z RFN jadących tzw. autostradą tranzytową do Berlina Zachodniego lub w odwiedziny do krewnych na Wschodzie. Oni zwłaszcza skupiali na sobie uwagę strażników. Samochody z literką „D” były oglądane od środka i z zewnątrz, patroszono ich bagażniki, specjalnymi prętami sondowano zbiorniki paliwa, za pomocą luster kontrolowano podwozia. Nie bez powodu zresztą: trudno sobie wprost wyobrazić inwencję konstruktorów najróżniejszych schowków służących do wywożenia na Zachód obywateli NRD.
Próbowano - często z powodzeniem - ukryć człowieka w błotniku samochodu, w podwójnej podłodze, pod tapicerką...


Jak z klocków Lego


Ponieważ nawet funkcjonariuszom Grenzschutzu, najpewniejszym z pewnych, mogło strzelić do głowy coś głupiego, wszystkie przejścia ulokowane były w sporej odległości od właściwej granicy. Dopiero po kilku minutach jazdy autostradą przez pozornie bezludny, choć niewątpliwie czujnie strzeżony pas „ziemi niczyjej” docierało się do zachodnioniemieckiego przejścia granicznego. Rozluźnieni, jowialni strażnicy, wypielęgnowane trawniki, stacja benzynowa jak z klocków Lego, bajecznie kolorowy sklep, przytulna restauracja. I uśmiechnięci, uprzejmi ludzie.

Chciało się wszystkiego dotknąć i wszystko obejrzeć, ale - po pierwsze - ceny były dla człowieka ze Wschodu niebotyczne, po drugie zaś - nie było czasu. Na przejazd przez kraj tranzytowy pozostawało tylko 48 godzin! Kto ten termin zlekceważył, narażał się na słoną grzywnę po stronie zachodniej i na nieprzyjemności w milicyjnym biurze paszportowym po powrocie do PRL. Zwłaszcza, jeśli przedłużył sobie pobyt w kraju tak podejrzanym jak RFN. Jechało się więc, z duszą na ramieniu, prosząc Boga, by nic złego nie stało się samochodom, bo wprawdzie przed wyjazdem trzeba było wykupić specjalną kredytową książeczkę napraw firmowaną przez Polski Związek Motorowy, ale mało kto wierzył, że z jej pomocą da się cokolwiek załatwić. Źródłem stresu była też każda wizyta w stacji benzynowej - nic dziwnego, skoro za jedno tankowanie trzeba było zapłacić, równowartość średniej miesięcznej pensji...


Powrót


Jadąc u schyłku epoki gierkowskiej do Hiszpanii zaplanowaliśmy sobie, że granicę RFN i Francji przekroczymy pod Miluzą. Niemcom to nie przeszkadzało, Francuzom - owszem. Dla przybyszów z krajów rządzonych przez komunistów Francja wyznaczyła, jak się dowiedzieliśmy, po jednym tylko przejściu na każdej z granic. Mimo że francuski funkcjonariusz starał się nam pomóc - nic się nie dało zrobić. Czekał nas powrót na niemiecką stronę i ponad sto kilometrów jazdy na północ, aż pod Strasburg, gdzie już bez przeszkód wjechaliśmy na ziemię francuską. A na kolejnej granicy - znów stres. Hiszpanie nie wbili nam do paszportów pieczątki potwierdzającej wjazd! Czy wytłumaczymy się z tego, oddając po powrocie paszport w komendzie?


A potem - powrót. Jak w filmie odtwarzanym od tyłu. Najpierw znikli uprzejmi, uśmiechnięci ludzie, a pojawili się gburowaci Grenzschutze, zaś gładkie nawierzchnie zachodnich autostrad zastąpiły dziurawe betony enerdowskich autobahnów. Potem zjechaliśmy na peerelowskie asfalty z nieoświetlonymi furmankami, pijanymi przechodniami i stacjami benzynowymi co sto kilometrów. Wtedy jeszcze, w roku 1979, do kupna paliwa nie potrzebowaliśmy kartek... Tak się kiedyś podróżowało do Unii Europejskiej.

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go swoim znajomym na Facebooku i Twitterze!

Ogłoszenia motoryzacyjne pochodzą z serwisu Gratka.pl

Brak komentarzy - napisz pierwszy

Najnowsze motofakty

Wszystkie artykuły

Motofakty mazowieckie

Top 5 motofaktów

Testy i porównania

Premiery i nowości