Wszystko
o samochodach

Motosport / Rajdy

Dakar 2016. Zmaganie z pogodą

Data publikacji: Autor: Leszek Jaźwiecki, korespondencja z Rajdu Dakar / DE RTL TV/x-news

Fot. Orlen Team Od początku Rajdowi Dakar towarzyszą nieprawdopodobne deszcze. W nocy ulewa zalała biwak w Jujuy i musiało interweniować wojsko.

Fot. Orlen Team Kiedy zawodnicy zjeżdżali z  rampy w Buenos Aires na prolog 38. Rajdu Dakar, z nieba lał się żar, ale zapowiadano, że kolejne etapy mogą być już deszczowe i pełne niespodzianek. Nikt jednak nie spodziewał się, że ulewy wprost storpedują imprezę.

- To była prawdziwa ściana deszczu - mówił  na  mecie pierwszego etapu kompletnie przemoczony Rafał Sonik, przy okazji wykręcając jak ścierkę swoje rękawiczki. Ulewa dała o sobie znać także na drugim i trzecim etapie, więc szybko podjęto decyzję o skróceniu odcinków specjalnych. Wszystko dla bezpieczeństwa zawodników, choć i tak kilku z nich nie ustrzegło się błędów i trzeba było ich uwalniać z pułapek za pomocą wyciągarek.

- Spodziewaliśmy się deszczu, ale tutaj cały czas po prostu leje, dlatego praktycznie nie ma ścigania - stwierdził pilot Marka Dąbrowskiego, Jacek Czachor, który zalicza swój 15. start. - Nie pamiętam, żeby taka sytuacja była kiedykolwiek wcześniej.

Kiedy zmęczeni i zmoczeni zawodnicy zjeżdżali na biwak do Jujuy, nagle z nieba znów potężnie lunęło. Hektolitry wody sprawiły, że błyskawicznie nasze namioty zaczęły dosłownie pływać. Jakby tego było mało, niebo rozjaśniały potężne błyskawice. Na wszelki wypadek wyłączone więc zostały agregaty. Trwało to godzinę, ale skutki były opłakane. Z pomocą przyszło wojsko, które udzieliło gościny uczestnikom rajdu i dziennikarzom. I całe szczęście, bo w nocy przygoda po raz kolejny pokazała swoje niebezpieczne oblicze.

W środę od samego rana usuwano skutki wieczornej i nocnej nawałnicy. Na szczęście wreszcie nie padało, w południe zza chmur wyszło nawet słońce. Kilka samochodów trzeba było jednak wyciągać z błota za pomocą traktorów. Pierwsi na trasę ze startem i metą w San Salvador de Jujuy ruszyli motocykliści, którzy mieli przed sobą 11 pomiarów czasu. Motocykle, samochody i quady miały natomiast do pokonania 629 km, w tym 429 odcinka specjalnego. Ciężarówki czekał dystans o 10 kilometrów krótszy.Od razu zaczęły się jednak góry i pierwsze śniegi, więc zawodników czekała trudna przeprawa. Zwłaszcza że to początek maratonu, a po jego zakończeniu zawodnicy nie będą mogli skorzystać ze swoich serwisów, drobne awarie będą musieli usunąć sami. Dlatego zabierali ze sobą kilka ważnych części zamiennych i przede wszystkim opony. Nie będą jednak mogli wymieniać ich do woli.

Fot. Orlen Team - Mamy po siedem oponi wszystkie są dokładnie oznaczone, bo musimy na nich przejechać dwa dni - tłumaczy Czachor. - Trzeba więc pojechać „z głową”, by nie mieć problemów - dodał pilot załogi z numerem 322. Kilka godzin później do obozu w Jujuy dotarły niepokojące wieści. Marek Dąbrowski zgłaszał problemy ze skrzynią biegów, przez chwilę zaginął także słuch o Jakubie Przygońskim. Nie działał mu GPS. Polak się jednak nie tylko odnalazł, ale debiutujący w roli kierowcy samochodowego kierowca Orlenu dojechał do mety najszybciej z biało-czerwonych.

- Na razie brylują zawodnicy z rajdów, ale zobaczymy, jak będzie, kiedy zaczną się piaski. To będzie szansa dla nas - zapowiada Jacek Czachor. Tym razem wśród kierowców nie wygrał Sebastian Loeb, ale jego rodak Stephane Peterhansel. Rajdowy mistrz świata zachował jednak pierwsze miejsce.

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go swoim znajomym na Facebooku i Twitterze!

Ogłoszenia motoryzacyjne pochodzą z serwisu Gratka.pl

Zobacz także

Tagi:

Brak komentarzy - napisz pierwszy

Najnowsze motofakty

Wszystkie artykuły

Motofakty mazowieckie

Top 5 motofaktów

Testy i porównania

Premiery i nowości