Wszystko
o samochodach

Motosport / Sporty motocyklowe

Jacek Czachor: podium Rajdu Dakar nie w moim zasięgu

Data publikacji: Autor: redakcja.regiomoto

Jacek Czachor: podium Rajdu Dakar nie w moim zasięgu Rozmowa z Jackiem Czachorem motocyklistą rajdowym, dwukrotnym mistrzem świata w klasie 450 ccm, wielokrotnym uczestnikiem Rajdu Dakar.

Lata lecą, a ambicja nadal pana rozpiera. Podczas prezentacji Orlen Teamu na Stunt GP w Bydgoszczy zapowiedział pan walkę o miejsce w najlepszej dziesiątce następnego Rajdu Dakar.

- Niemal zawsze ocierałem się o pierwszą piętnastkę, ale naprawdę tylko TOP 10 w Rajdzie Dakar uznawany jest za spory wyczyn. W 11. występach 11 razy dojeżdżałem do mety. I to mnie cieszy, bo na świecie nie ma drugiego zawodnika, któremu udała się ta sztuka. W tym roku byłem 11., ale organizatorzy "wyślizgali" mnie o jedną lokatę. W następnym starcie nic nie może mi stanąć na przeszkodzie, by znaleźć się w elicie.

Dwukrotnie był pan oficjalnie w dziesiątce. W tym wieku można realnie zakładać wyższe cele, choćby miejsce na podium?

- Znam miejsce w szeregu i nie zamierzam się przed niego wychylać. Choć z Markiem Dąbrowskim jesteśmy prekursorami polskich startów w Dakarze, to samo obycie w rajdzie nie pomoże. Może w wieku Kuby Przygońskiego (26 lat - przyp. red.) warto myśleć o czołowej trójce, natomiast mając 44 lata, trzeba mierzyć siły na zamiary. Przetarłem szlaki polskim zawodnikomi - o prawdziwe sukcesy niech walczą inni.

Dzięki panów startom jesteśmy inaczej spostrzeganym narodem w rajdach motocyklowych?

- Sukcesami zmieniliśmy podejście polskich zawodników i wyobrażenia obcokrajowców. Gdy przyjeżdżaliśmy na pierwsze rajdy, to pytano nas: "Czy u was jeździ się na motorach?" Nie tylko ja z Dąbrowskim na motocyklach, ale i Krzysztof Hołowczyc udowodnił, że Polacy samochodami również potrafią jeździć. Będąc w Orlen Teamie tworzymy silną i zgraną paczkę. Pewnie gdyby istniała klasyfikacja zespołowa, to bylibyśmy w ścisłej czołówce.

A może popularność i sukcesy w zagranicznym towarzystwie warto przenieść na nasze podwórko? Startuje pan w krajowych zawodach?

- Szczerze mówiąc, realiów mistrzostw Polski już dobrze nie pamiętam. Mój ewentualny występ w tych zawodach mógłby nie zostać najlepiej odebrany. Przez ostatnie 11 lat koncentruję się tylko i wyłącznie na rajdach długodystansowych. Lepiej skupić się na jednym, niż w innych konkurencjach rozmieniać się na drobne. I przede wszystkim - wiek nie pozwala na znaczące eksploatowanie organizmu.

Jako człowiek z doświadczeniem życiowym potrafi pan chłodno ocenić rzeczywistość. Jak okiem kibica postrzega pan rajdy motocyklowe w Polsce?

- To wciąż jest marginalny sport. Na pierwszym miejscu zawsze będą dyscypliny drużynowe. W sporcie motocyklowym ciężko znaleźć sponsora, który pomoże przetrwać na rynku. Dopiero w wieku 32 lat, będąc w pełni dojrzałym mężczyzną, otrzymałem wsparcie Orlenu i wreszcie przestałem dokładać do interesu.

Zestawiając teraźniejszość z momentem, w którym zaczynał pan przygodę ze sportem motocyklowym, mocno zmieniła się specyfika tej dyscypliny u nas?

- Seryjne motocykle, na których jeżdżą obecnie polscy zawodnicy, dają większe możliwości. Technicznie jesteśmy lepiej wyszkoleni. Obserwując nastolatków na motocrossie, aż serce rośnie, gdy płynnie przechodzą "skoki". A z techniką nie można się urodzić - to wyrzeczenia i setki godzin spędzonych na treningach. Nie zapominajmy, że wszystko musi iść w parze z odpowiednim sprzętem. Bez niego nie ma mowy o sukcesach w rajdach.

W naszym kraju istnieją w ogóle odpowiednie warunki dla rozwoju motocyklistów?

- Niestety, brakuje ośrodków motocyklowych z prawdziwego zdarzenia, choćby takich jak w żużlu. Oobowiązki spoczywają na barkach zawodników i rodziców. Przeważnie nie wystarcza pieniędzy. Bez regularnej rywalizacji w klubie ciężko wybić się ponad przeciętność. To pomaga przedostać się na zawody, nawet rangi międzynarodowej. W walce z cudzoziemcami zauważamy, że z odpowiednim zapleczem sprzętowym i finansowym można wiele zwojować.

Przy tylu niedogodnościach, jak zatem zachęcić młodych do uprawiania sportu motocyklowego?

- Jest jeden ważny argument: atmosfera w tym sporcie należy do przyjemnych. Nie ma mowy o nudzie. Poznawanie nowych tras i ciągłe poszukiwanie adrenaliny - to pozostaje w nas na lata.

Panu, po ponad trzydziestu latach kariery, również nie brakuje motywacji?

- Ani trochę. Nie żałuję, że w młodym wieku zamiast wyjść na osiedle z chłopakami, wolałem jeździć co tydzień na zawody. Przesiąkłem motocyklami, i tak pewnie zostanie. Od uprawiania dyscypliny i miłości do jednośladów trudno się odciąć. Chyba do końca życia będę szalał po wertepach.

Nie kusi pana czasem spróbować sił choćby w jeździe na żużlu?

- Chętnie bym to zrobił. Problem w tym, że na "żużlówce" kompletnie nie umiem jeździć. To inna specyfika motocykla. Pamiętam, że raz na stadionie warszawskiej Gwardii jeździłem wysokim motocyklem enduro. Było ciężko złożyć się w łuk.

W przeszłości nie marzyła się panu kariera żużlowca? Zawsze byłoby łatwiej znaleźć wsparcie darczyńców niż w rajdach motocyklowych.

- Nie odpowiem, czy rajcowałyby mnie starty w tej dyscyplinie. Po prostu jestem zakochany w rajdach. Zdecydowanie wolę skręcać w prawo i moje "skoki". To mnie nakręca i podnieca.

A potrafi pan wytłumaczyć fenomen żużla i Formuły 1? Nasi kibice są zakochani w rywalizacji Tomasza Golloba i jego kolegów po fachu, a Formułą 1 interesują się nawet, gdy z powodu kontuzji nie startuje Robert Kubica.

- To specyficzne sporty. Żużel istnieje zaledwie w paru ośrodkach w Polsce. Zarówno nim, jak i Formułą 1 jest duże zainteresowanie. To są sporty stadionowe: zawodnicy jeżdżą w kółko, występuje adrenalina. Takie dyscypliny nakręcają ludzi żądnych obejrzenia bezpośredniej walki.

Wróćmy do rajdów terenowych i Dakaru. Często padają odmienne głosy na temat jego trasy. Gdzie jest lepiej - w Afryce czy w Ameryce Południowej?

- Takich odcinków jak w okolicach Buenos Aires nie mieliśmy w jeździe przez Europę czy Maroko. Przeprowadzane zmiany muszą odbić się na rywalizacji. Najlepszym przykładem jest Hołowczyc, który w rajdzie w Ameryce Południowej radził sobie znakomicie. Wyniesione doświadczenie z rajdów WRC procentuje na innych arenach. Osobiście preferuję Afrykę pełną dziur, rzek i w której znajomość topografii odgrywała znaczącą rolę. Kocham piasek i lubię wybierać dziewicze trasy, a nie kierować się szlakami z setkami nierówności.

Jazda w nieznane może ukształtować w pewien sposób ludzką psychikę?

- Może, a najlepiej potrafi kształtować człowieka pustynia. Uczy pokory i cierpliwości. Nigdy nie wiadomo, co napotka tam motocyklista.

W świecie motocyklistów dziesiątkami lat startów wyrobił pan sobie markę. W innych krajach przyjmowany pan jest z szacunkiem?

- Nie jestem już szarym motocyklistą z Polski. Cieszą mnie słowa uznania kolegów po fachu. Nawet tacy mistrzowie jak Hiszpan Marc Coma czy Francuz Cyril Despres wiedzą, jakim jestem zawodnikiem i człowiekiem. Startując podczas przygotowań w country-crossach po włoskich górach, niektórzy zawodnicy dziwili się, że tak słabo mi idzie. Nie brałem jednak ich wyników na poważnie. Jestem motocyklistą typowo pustynnym. Tylko na rezultatach w rajdach terenowych skupiam swoją uwagę.

W kraju pańskie osiągnięcia doceniane są nie tylko przez kibiców, ale i władze państwowe. Złoty, Srebrny i Brązowy Krzyż Zasługi otrzymał pan nie tylko za sukcesy w rajdach.

- Wiele lat byłem instruktorem w stołecznym Pałacu Młodzieży. Trenowałem chłopców na motocyklach i przy tym chciałem, żeby w przyszłości wyszli na ludzi. Cieszy mnie, że coraz więcej osób zapisuje się do klubów po naukę, a nie po motocykl. Podwójną satysfakcję dają swą postawą osoby, które pomimo złej sytuacji materialnej wybiły się w tym sporcie. Przykładem dla innych niech będą bracia Kędzierscy, specjalizujący się w motocrossie. Dziś prowadzą swój warsztat, a pierwszy własny motocykl zakupili za pieniądze z butelek!

Bierze pan udział w programie Orlenu "Bezpieczne drogi", edukującym w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Czy z kulturą jazdy polskich kierowców naprawdę jest aż tak tragicznie?

- Absolutnie z tym poglądem się nie zgadzam. Nie jeździmy tak źle, jak inni sobie wyobrażają. Program "Bezpieczne drogi" nie ma piętnować wad Polaków, tylko pomóc dotrzeć do nich. Zwłaszcza do młodych osób, żeby były świadome zagrożenia na drogach. Wielu z nich nie rozumie, że może trzymać w rękach śmierć. Na ulicach nie ma miejsca na szarżowanie! Nawet kierowcy i motocykliści z najlepszymi umiejętnością wiedzą, że trzeba zachowywać ostrożność przy dużej prędkości.

Znajomi czy napotkane osoby zwracają się do pana z prośbą o udzielenie porad?

- Czasami zdarzają się takie sytuacje, że ludzie rozpoznają mnie na drodze i pytają, dlaczego tak wolno jeżdżę. Padają pytania i staram się pomóc kierowcom jak umiem. Po Warszawie nie szarżuję. Ruszenie spod świateł na pełnym gazie nie jest w moim stylu.

Rozmawiał Artur Kluskiewicz

Źródło: Pomorska.pl

Jacek Czachor: podium Rajdu Dakar nie w moim zasięgu
  • Poprzednie zdjęcie
  • 1 / 1
  • Następne zdjęcie

Jacek Czachor: podium Rajdu Dakar nie w moim zasięgu

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go swoim znajomym na Facebooku i Twitterze!

Ogłoszenia motoryzacyjne pochodzą z serwisu Gratka.pl

Zobacz także

Tagi:

Brak komentarzy - napisz pierwszy

Najnowsze motofakty

Wszystkie artykuły

Motofakty mazowieckie

Top 5 motofaktów

Testy i porównania

Premiery i nowości