Wszystko
o samochodach

Porady / Warto wiedzieć

Jak kupowałem 126p

Data publikacji: Autor: Wiesław Marnic

Zdarzyło się, że zostałem doradcą znajomego, który wymyślił sobie kupno fiata 126p...

Tak mi się akurat zdarzyło, że zostałem doradcą znajomego, który wymyślił sobie kupno 126p, ale koniecznie z ostatniej serii produkcji. Jednak kupienie auta za cenę, jaką proponował na nie sprzedający byłoby dla mnie za proste, więc starałem się uzyskać rabat.

Poszukiwania rozpoczęliśmy od prasy ogłoszeniowej. Aż trzydzieści siedem 126p kosztowało do 5000 zł, dalszych dwanaście kosztowało do 7500 zł. Niestety, w tej kategorii nie znaleźliśmy poszukiwanych maluchów z ostatniej serii, czyli wyprodukowanych w roku 2000. Za 7200 oferowano do sprzedaży auto z roku 1999, po niewielkim przebiegu. Ciekawe, że za sumę niższą o 1200 zł można było kupić Seicento z tego samego roku produkcji. W kategorii od 7500 do 10 000 zł były jeszcze dwa "maluchy", oba z produkcji 1999, jeden w kolorze pomarańczowym, a drugi zielonym i oba w tej samej cenie 7600 zł. To by było na tyle. Samochodu z roku 2000 w ofercie ogłoszeniowej nie było. Cała nadzieja w giełdzie.

Rankiem w Słomczynie naliczyliśmy około trzydziestu "maluchów". Najtańszy kosztował nieco ponad 1300 zł, najdroższy dobrze ponad 7000 zł. Pierwszy wpadł nam w oko czerwony maluch z produkcji 1999 r. Samochód robił wrażenie zadbanego, miał niewielki przebieg, autoalarm, a nawet centralny zamek. Właściciel zapowiadał dołożenie zimowych opon. Cena jednak nie bardzo nam odpowiadała, bowiem za szybą "stało napisane", iż auto kosztuje 7700 złotych. Obejrzeliśmy je dokładnie, czym daliśmy do zrozumienia sprzedającemu, iż jesteśmy poważnymi klientami. Jednak naszą propozycję zapłacenia od ręki 7 000 zł odrzucił bez wahania. Cóż było robić, szukaliśmy dalej. Kolejny "maluszek" wyprodukowany też w roku 1999 był zielony jak trawa i kosztował sto złotych mniej. Może byśmy się nim zainteresowali, gdyby nie przebieg, który wynosił 30 000 kilometrów. Trzeci z kolei był podejrzanie wypolerowany, a jego blacharka była, nawet jak na malucha, zbyt pofalowana. Tylko dla porządku zapytaliśmy o cenę, ale w tym przypadku okazało się, że przybyliśmy za późno. Nowy uszczęśliwiony zakupem właściciel zdradził nam, iż zapłacił nieco ponad 7000 zł. Jaką sumą wyrażało się sformułowanie "nieco" nie udało się ustalić. Powróciliśmy, więc do pierwszego rozmówcy. Nie był to manewr dobry, bowiem powracający klient jest w sytuacji nie najlepszej, gdyż jego ponowne pojawienie się świadczy, iż nie znalazł nic lepszego.

Rozmowa miała charakter ostateczny:
- No, więc za ile można to auto kupić?
- Tak jak już powiedziałem 7700.
- To wiemy, ale ile Pan opuści?
- Nie więcej niż 300.
- To za mało.
- A ile dajecie.
- O 200 złotych więcej niż proponowaliśmy przed godziną.
- Za dużo bym stracił.
- Trudno, więcej nie możemy zapłacić.
W tym momencie zastosowaliśmy stary bazarowy manewr odchodzenia od sprzedającego. Nie wytrzymał i rzucił ku nam porozumiewawczo.
- Dołożycie jeszcze 50 złotych i samochód jest wasz.
- Nie możemy, ale podnieśliśmy naszą ofertę.
- No dobrze, niech stracę. Podpisujemy umowę, ale to Panowie kupują blankiet.
- Niech będzie.

Tak oto spełniłem zadanie, jakie powierzył mi znajomy. Nie precyzyjnie jednak, nie kupiliśmy "malucha" z ostatniej serii.

Do początku artykułu

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go swoim znajomym na Facebooku i Twitterze!

Ogłoszenia motoryzacyjne pochodzą z serwisu Gratka.pl

Tagi:

Brak komentarzy - napisz pierwszy

Najnowsze motofakty

Wszystkie artykuły

Motofakty mazowieckie

Top 5 motofaktów

Testy i porównania

Premiery i nowości