Wszystko
o samochodach

Aktualności / Informacje

Jak kupowaliśmy używane auto w Niemczech

Data publikacji: Autor: Przemysław Walewski

 Od momentu wejścia Polski do Unii jedną z najlepszych metod na szybkie zdobycie dużych pieniędzy stał się handel używanymi samochodami. Szczególnie tymi zdobywanymi w Niemczech.
Granica w Świecku. Godzina 5 rano. Po stronie polskiej spokój. Ford Transit ciągnie lawetę z trzema samochodami osobowymi. Można się domyśleć, że jednym z nich jest Peugeut 206. Pojazd jest rozbity i rozebrany. Polski pogranicznik macha ręką, że laweta może jechać dalej.

 

Po niemieckiej stronie do przekroczenia granicy szykuje się kilka lawet. Srebrne BMW  wjeżdża na lawetę. Auto jest na „żółtych numerach” i nie może przejechać na własnych kołach. Transportowane do Polski pojazdy muszą mieć tzw. czerwone tablice.

- To dodatkowe koszty – mówi pan Andrzej z Kalisza, który od 8 lat ściąga samochody z Niemiec. Lepiej je przewieźć na lawecie, to taniej.

 

Przeciąganie przez granicę

 

Polska straż graniczna w czerwcu urządziła polowanie na „żółtków”. Po niemieckiej stronie stało wtedy ponad sto samochodów, które, zgodnie z przepisami, nie mogły przejechać granicy.

- Polak potrafi – śmieje się Robert Bocian z Poznania. Przynajmniej trzy razy w tygodniu przejeżdża przez  granicę. – Szybko zorganizowano przerzut. Nie wolno przejeżdżać na własnych kołach? Nie ma sprawy. Wolno jednak było przewieźć na lawecie. Jeden z obrotnych właścicieli lawet zarobił w ciągu dnia ponad 10 tys. zł. Za jedno auto brał od 150 zł.

 

Funkcjonariusze po obu stronach nie reagowali, choć widzieli na czym ten przerzut polega.

- Niektórzy mają już dosyć handlarzy, a niektórzy dobrze się nawzajem znają – pan Andrzej mruga okiem. – Wie pan, takie bezalkoholowe piwo.

Przewózka na granicy nadal działa. Pytam jednego z laweciarzy po niemieckiej stronie, kto może mi zorganizować transport.

- Ten blondas, on dziś przewozi – macha w kierunku zatoczki, gdzie stoi biały Mercedes Sprinter. Blondas mówi, że nie ma sprawy. Za małe auto weźmie stówkę, ale muszę poczekać z godzinkę, bo ma już klientów.

 

Czyszczenie dawnego NRD

 

- Po 1 maja tego roku liczba polskich handlarzy wzrosła ponad dwukrotnie. Szacuje się, że po auta za granicę jeździ ok. dwóch tysięcy „autohandlarzy”, jak się o nich potocznie mówi. Najwięcej lawet ma tablice województw wielkopolskiego, dolnośląskiego, mazowieckiego, zachodniopomorskiego.

- Najwięcej mogą zarobić ci, którzy mają dobre kontakty – uważa Robert Bocian. – Ci, którzy myślą, że na zakup auta wystarczy im dwa dni, to są w błędzie. Dobrych okazji nie znajdzie się już we wschodnich landach. Tam już wszystko wyczyszczone. Zostały auta z przebiegiem ponad 200 tys. km

 

W niemieckich autohausach pracuje wielu Polaków, Rosjan, Litwinów. Niektórzy już dopracowali się mocnej pozycji.

- W tym biznesie trzeba mieć głowę na karku – mówi Josef Chwalczyk, współwłaściciel dużego komisu Europa Export w Bremen. – Dużo klientów szuka aut w internecie. Dobrymi klientami są handlarze, którzy kupują po kilka aut.

 

Josef Chwalczyk ma na placu ponad sto aut. Tak dużego wyboru nie mają szefowie komisów we wschodnich landach. Dla zwiększenia oferty, ściągają auta z landów zachodnich i z Francji.

- To dobre miejsce na zakup tańszych aut – dodaje Franz Hischner z komisu w Poczdamie. – Można trafić na samochody o 30-40 proc. tańsze niż u nas.

Po doliczeniu kosztów transportu i marży nadal opłaca się kupić Polakom pojazd ściągnięty z Francji i wstawiony do niemieckiego autohausu. 11-letni Suzuki Swift kosztuje 900 Euro. O 100 Euro mniej zapłacimy za Opla Omegę z tego samego rocznika.

 

Zagłębie „dobrych okazji”

 

Mekką handlarzy jest rejon Bremen, Bielefeld. Komisy leżące w pobliżu holenderskiej granicy mają na swoich placach dużo samochodów z Beneluksu. Wielu Holendrów sprzedaje od ręki swoje samochody niemieckim komisom. Dostaną o 20-30 proc. więcej, niż gdyby sprzedali auto u siebie. W holenderskich autokomisach jest mniej pojazdów powypadkowych. Tutaj mogą liczyć jedynie na to, że kupi je handlarz z Europy Wschodniej. Handlarzom nie opłaca się jednak penetrować ubogiej oferty rozbitków w Beneluksie, wolą niemieckie komisy. Łatwiej się tu dogadać.

- Mam już utarty szlak, którym się poruszam – opowiada „Stanley” z Wrocławia, którego spotkałem w komisie w Hanoverze. – Zahaczam o nowe miejsca także, ale wolę sprawdzone kontakty. Ostatnio dostałem Opla Corsę gratis, gdy u mojego Niemca kupiłem pięć samochodów.

 

W okolicy komisów trzeba krążyć niekiedy kilka dni.

- Zdarza się, że wjeżdżam na plac i widzę pustki – Robert Bocian woli rejon południowo-zachodnich Niemiec, bo tu auta są bardziej zadbane. – Mam niemiecką komórkę przy sobie, bo może się zdarzyć, że pół godziny po moim wyjeździe z komisu, zjawią się dobre okazje. Nie kupuję z zasady aut po Włochach, ponieważ są zaniedbane.

 

Co jest dobrą okazją? Najlepiej, jak auto ma nie więcej nić 10 lat, jest dobrze wyposażone i kosztuje 1000 – 1500 Euro. Za takie pieniądze można dostać jedynie auta „bite”.

- Nigdy nie kupuję samochodów już zrobionych – zapewnia pan Robert. – To tak, jak kupowanie kota we worku. Muszę wiedzieć, co było uszkodzone. Kalkuluję sobie, ile będzie kosztowała naprawa. Od razu szukam też części.

Najbardziej opłaca się naprawiać w Polsce. Szara strefa „ogrodowych garaży” zapewnia pełny serwis bez VAT-u i po kosztach. W całej Polsce działa kilkaset dużych warsztatów, które zajmują się jedynie naprawą „unfall autos”. To dobry biznes.

Wielu handlarzy woli, zamiast dużych warsztatów, swojego mechanika i lakiernika. Za robociznę płaci się mniej. Za polakierowanie błotnika i maski do Renault Laguny 100-200 zł. W większym warsztacie trzeba zapłacić nawet dwa razy tyle.

 

Jak się opłaca?

 

Handlarze są zgodni, że najlepiej idą samochody niemieckie: Volkswageny, Audi, Ople. Na brak zainteresowania mogą liczyć Smarty,  model z 2002 r. kupi się za niecałe 4 tys. Euro, czyli o połowę taniej niż u dealera w Polsce. Można być bowiem pewnym, że faktura będzie zaniżona do ok. 1000 Euro.

 

Tajemnica sukcesu tkwi bowiem w dobrej cenie na rachunku. Tutaj procentuje dłuższa znajomość z niemieckim kontrahentem. Nowicjuszom Niemcy nie ufają, boją się kontroli skarbowej. Toyota Corolla 1.3 z 1991 r., nie uszkodzona, w dobrym stanie na fakturze ma cenę 300 Euro. W rzeczywistości auto kosztowało 980 Euro. Dzięki temu handlarz może sporo zarobić, a klient kupić tańsze auto. Za taką samą Corollę w Polsce trzeba bowiem zapłacić ok. 9 tys. zł. Ten samochód „pójdzie do klienta” za 7,5 tys. zł.

Urzędy celne w Polsce rzadko kwestionują wysokość faktury. Do urzędu nie trzeba ściągać już auta, a jedynie wystarczy przedstawić rachunek, fakturę lub umowę. Peugeot 106 1.6 z 1988 r. wyceniony jest na papierze za 150 Euro. Tak niskie ceny są mordercze dla polskich komisów, gdzie, chociażby za takiego Peugeota, trzeba zapłacić 15 tys. zł.

Powszechną praktyką doświadczonych handlarzy jest kupno na siebie. Następnie, gdy znajdzie się klienta, umowa przepisywana jest na niego. Unika się w ten sposób podwójnych kosztów. Za rejestrację trzeba zapłacić 500 zł i akcyzę w  wysokości 65 proc. od kwoty, która widnieje na rachunku.

 

Dekalog polskiego handlarza:

1. Handlować ze stałymi komisami

2. Pilnować swojej wyłączności

3. Nie kupować naprawionych rozbitków

4. Nie kupować aut od Włochów

5. Sprowadzać diesle

6. Zaniżać maksymalnie cenę na rachunku

7. Szukać klientów pod zamówienia

8. Nie kłócić się z celnikami

9. Dopilnować, by był komplet dokumentów

10. Śledzić zmiany w przepisach i wyprzedzać je

 

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go swoim znajomym na Facebooku i Twitterze!

Ogłoszenia motoryzacyjne pochodzą z serwisu Gratka.pl

Tagi:

Komentarze

  • Komentarz usunięty.

Dodaj komentarz

Najnowsze motofakty

Wszystkie artykuły

Motofakty mazowieckie

Top 5 motofaktów

Testy i porównania

Premiery i nowości