Wszystko
o samochodach

Motosport / Pozostałe sporty

Kubica z nieznanej strony

Data publikacji: Autor: Maciej Stolarczyk, Marek Wicher

Fot. Marek Wicher Ojciec tak wierzył w talent Roberta, że wziął kredyt pod zastaw mieszkania, żeby kupić mu sprzęt. Pozwolił synowi wyprowadzić się do Włoch w wieku 13 lat i rzucić szkołę po pierwszej klasie liceum.

Ojciec tak wierzył w talent Roberta, że wziął kredyt pod zastaw mieszkania, żeby kupić mu sprzęt. Pozwolił synowi wyprowadzić się do Włoch w wieku 13 lat i rzucić szkołę po pierwszej klasie liceum. Fot. Marek Wicher


Tak jak dziecko z absolutnym słuchem potrafi na pianinie odtworzyć dowolną melodię, tak Robert umiał poprowadzić samochód, gdy pierwszy raz usiadł za kierownicą – wspomina początki kariery Roberta Kubicy jego ojciec Artur.

 

Jeśli ktoś zastanawiał się, w jaki sposób zawodnik z Polski – kraju, gdzie trudno natknąć się na autostradę, nie mówiąc już o torze wyścigowym – zdołał dojść do Formuły 1, właśnie otrzymał odpowiedź.

 

Zaważył ten szczególny talent Roberta, dzięki któremu jako czterolatek umiał prowadzić elektryczne autko z prędkością 30 km/h slalomem między butelkami. Większość z nas w tym wieku nie umiała jeszcze jeździć na rowerze…

 

Talent był kluczowy, ale bardzo ważna okazała się też determinacja ojca. Gdy o Robercie jeszcze niewiele osób słyszało, Artur Kubica nie wahał się zastawić mieszkania, by jego syn mógł dalej rozwijać umiejętności kierowcy wyścigowego. Historia Polaka z Formuły 1 przypomina losy filmowego boksera Rocky’ego Balboa. Tyle że ta wydarzyła się naprawdę.

 

Grzegórzki to dzielnica w samym centrum Krakowa. To tutaj, w jednym z wielkopłytowych bloków, mieszkała rodzina Kubiców, w 1984 roku powiększona o Roberta. Ojciec Artur był właścicielem małej drukarni. Zarabiał na tyle dobrze, że mógł kupić synowi wspomniane elektryczne autko, gdy ten wypatrzył je na wystawie sklepu.

 

– Wsiadłem i nie chciałem już wysiąść. Zacząłem trąbić i rodzice zapłacili – wspominał później Robert.


Plastikowy samochodzik miał napęd na jedno koło, co stwarzało problem przy pokonywaniu zakrętów. Mały Robert szybko połapał się jednak w specyficznej fizyce pojazdu. Dla taty stało się wtedy jasne, że syn ma wyjątkowy talent do prowadzenia samochodów. Niedługo potem kupił mu gokart.

 

Mniej więcej w tym samym czasie, jakieś tysiąc pięćset kilometrów od Krakowa, późniejszy mistrz świata Formuły 1 Lewis Hamilton zafascynował się samochodami zdalnie sterowanymi. Gdy kilka razy wygrał w tej dyscyplinie zawody ze starszymi kolegami, ojciec również kupił mu pierwszy gokart.

 

Na tym etapie podobieństwa w rozwoju karier Kubicy i Hamiltona praktycznie się skończyły. Po serii sukcesów w kartingu Brytyjczyk został objęty programem rozwoju młodych talentów koncernu McLaren. Inaczej mówiąc, trafił do wyścigowego raju. Kubica tak łatwo nie miał, co nie przeszkodziło mu później, jeszcze w nastoletnim wieku, wielokrotnie bić Hamiltona na torze.

 

W Formule 1 Robert Kubica zadebiutował 7 sierpnia 2006 roku. W GP Węgier zajął siódme miejsce i... został zdyskwalifikowany za zbyt lekki bolid. Była to pierwsza wpadka mechaników BMW Sauber, przez którą Robert ucierpiał. Po kolejnych w Polsce zaczęto opowiadać o nich dowcipy („Dlaczego Kubica jeździ tak szybko? Bo chce zdążyć do mety, zanim jego mechanicy popełnią błąd”).

 

Choć Polak zaczął regularnie występować w najbardziej prestiżowym sporcie motoryzacyjnym świata, nie uświadczyliśmy w naszym kraju kubicomanii na wielką skalę. Zapewne dlatego, że krakowianin to nie najlepszy materiał na idola. Zawsze poważny, rzadko się uśmiecha. Potrafi być opryskliwy wobec dziennikarzy i bezpardonowo atakować rywali. Na dodatek jak ognia strzeże prywatności, a na wyścigach skupia się do tego stopnia, że na kilka miesięcy rozszedł się ze swoją dziewczyną, by go nie rozpraszała. Później Edyta Witas została jego narzeczoną, a Kubica stwierdził, że w roli przyszłego męża spisuje się rewelacyjnie. Zarzuca się mu też, że niespecjalnie dba o wygląd. Niemcy porównują go nawet do niezbyt urodziwego bohatera kreskówki – Gargamela.

 

Kubica nie zawsze był tak poważny i nieprzystępny. W internecie można znaleźć filmiki z czasów, gdy ścigał sie jako chłopiec. Przepytywany przez dziennikarza nie mógł opanować śmiechu. Zmienił się po wejściu do świata wielkich wyścigów. Ktoś nadał mu nawet tytuł „Najwcześniej dojrzałego chłopca na świecie”.

 

Fot. MArek Wicher Zanim do tego doszło, sześcioletni Kubica rozpoczął treningi w gokarcie. Choć spisywał się świetnie, był za młody, by brać udział w oficjalnych zawodach. W kartingowych mistrzostwach Polski po raz pierwszy wystąpił w wieku 10 lat i… sięgnął po tytuł wśród juniorów. Pierwszy z sześciu. Świadkowie tamtych wyścigów wspominają, że praktycznie nie miał konkurencji. Zwłaszcza gdy padał deszcz. Na mokrym asfalcie potrafił nawet dublować rywali, co w kartingu zdarza się bardzo rzadko.

 

Już wtedy Kubica profesjonalnie podchodził do swojego zajęcia. Rozkład dnia był podporządkowany treningom i startom: rano szkoła, później wyjazd na tor do Kielc lub Częstochowy, trening, powrót do domu, nauka. I tak codziennie.

 

Na pewnym etapie kariery szkoła zaczęła być uciążliwa, więc nasz mistrz zakończył edukację po pierwszej klasie liceum. W tym samym czasie zrezygnował też z gry w piłkę nożną. Niewiele osób pamięta, że Kubica przez trzy lata trenował w Grzegórzeckim Klubie Sportowym. Jego trener z trampkarzy pytany o umiejętności Roberta mówi, że „wybitnym piłkarzem nie był, ale potrafił grać prawie na  wszystkich pozycjach”.

 

W polskim kartingu Robert osiągnął wszystko, więc zaczął częściej startować za granicą. W 1997 roku jako pierwszy obcokrajowiec w historii zdobył tytuł międzynarodowego mistrza Włoch. Młody Kubica podjął jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu – o wyprowadzeniu się z Polski na stałe. To wtedy ojciec zaciągnął kredyt pod zastaw domu na finansowanie kariery syna. Dla porównania w tym samym czasie Lewis Hamilton miał już do dyspozycji całe bogactwo firmy McLaren.

 

– Jak każdej matce, tak i mnie nie było łatwo zgodzić się na wyjazd Roberta – wspomina Anna Kubica. – Przecież to było dziecko, które daleko od domu miało w wieku 13 lat żyć już własnym życiem. Widziałam jednak, że Robert bardzo tego chciał, więc się zgodziłam – dodaje.

Prawdopodobnie wczesna przeprowadzka do Włoch sprawiła, że Kubica nie czuje dziś najmocniejszej więzi z ojczyzną.

 

– Lubię, gdy mój kraj odnosi sukcesy, ale nie nazwałbym siebie szalonym patriotą. Na górze są szaleni ludzie, na dole ci, którzy mają to gdzieś, a ja plasuje się mniej więcej pośrodku – powiedział w jednym z wywiadów. Innym razem wypalił, że jako kierowca wyścigowy nic Polsce nie zawdzięcza. Wiele osób do dziś ma mu to za złe.

 

Gdy w napiętym planie startów we Włoszech znalazł lukę na przyjazd pod Wawel, miejscem, które odwiedzał najchętniej, był tor kartingowy przy ulicy św. Wawrzyńca. Robert nie przychodził tam jedynie dla zabawy. W kasku obciążonym kilkoma kilogramami ołowiu (na zdjęciu, u góry z prawej) pokonywał setki okrążeń w jednej sesji.

 

– To bardzo dobry trening dla mięśni karku – tłumaczył Robert. Przez wiele miesięcy to właśnie do Kubicy należał rekord toru Edi-Cart, który mimo sławy krakowianina nie przetrwał próby czasu, ustępując miejsca planowanemu w zabytkowej hali centrum handlowemu.

 

Po czterech sezonach kartingowych we Włoszech okraszonych wieloma wspaniałymi wynikami Kubica miał już wyrobione nazwisko, kontrakty sponsorskie i menedżera Daniele Morellego. Decyzja o rozstaniu z kartingiem była więc naturalna, a profesjonalnie sterowana kariera rozpoczęła się od... Renault. Zdolnego Polaka wypatrzył szef teamu F1 Flavio Briattore i w 2002 roku włączył go do programu do programu dla młodych talentów Renault Driver Development.

 

Przez jeden sezon Kubica ścigał się w Formule Renault 2000, potem przeniósł się do Formuły 3 Euroseries, gdzie w ciągu dwóch lat startów zajmował 12. i 7. miejsce w końcowej klasyfikacji.

 

Kolejnym przełomowym momentem był udział w cyklu World Series by Renault. Dzięki relacjom w jednej z polskich telewizji, to wtedy o Kubicy usłyszała szersza publiczność. Jeżdżąc w barwach baskijskiego zespołu Epsilon Euskadi, Robert spisywał się znakomicie, ale zapytany o Formułę 1 odpowiedział wtedy, że „to nierealne”. Tymczasem znakomita jazda zaowocowała wygraniem serii, a nagrodą były testy samochodu F1. Pierwsze kilometry za kierownicą bolidu Renault R26 Robert pokonał 1 grudnia 2005 roku na hiszpańskim torze Catalunya, a już 19 dni później jako pierwszy Polak podpisał kontrakt z zespołem Formuły 1 – BMW Sauber.

 

Jak dalej potoczyły się jego losy, większość kibiców dobrze pamięta. Pierwsze podium w F1 wywalczył już w trzecim starcie – na torze Monza we Włoszech. Pierwsze i jedyne jak do tej pory zwycięstwo w 2008 roku w Montrealu. Na tym samym torze, tyle że rok wcześniej, uległ pamiętnemu wypadkowi, po którym wiele osób zastanawiało się, jakim cudem przeżył. Po rozczarowującym sezonie 2009 i rozpadzie teamu BMW Sauber przeniósł się do Renault, gdzie już w drugim starcie wywalczył drugie miejsce.

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go swoim znajomym na Facebooku i Twitterze!

Ogłoszenia motoryzacyjne pochodzą z serwisu Gratka.pl

Tagi:

Komentarze

  • anty polityk

    "W niedzielę napisze kolejny rozdział tej historii, startując w GP Malezji." - artykuł na czasie ;]

  • Robbi

    tak panowie autorzy, warto czasem sprawdzic terminarz Formuly 1 lub sledzic tv.

  • :) (gość)

    :)

  • Black (gość)

    Każdy z nas ma swoją drogę. Droga Roberta wiodła przez ten rajd. To nie był jego błąd. Normalnie odbił by sie od bariery i nikt by nawet nie zauważyl. 5 cm w prawo lub w lewo, ale nie. Trafil dokładnie w miejsce, gdzie bariera była obluzowana, bo ludzie skracali sobie tamtędy drogę do kościoła... Głupi błąd czy przeznaczenie?

Dodaj komentarz

Najnowsze motofakty

Wszystkie artykuły

Motofakty mazowieckie

Top 5 motofaktów

Testy i porównania

Premiery i nowości